Wisienką na urlopowym torcie był Budapeszt (najprawdopodobniej najpiękniejsza stolica na "B") Dolecieliśmy tutaj z Burgas liniami Wizzair. Zapowiadało się niezbyt ciekawie. Przyzwyczajeni do tego że wszystko idzie łatwo, dostaliśmy tam małego pstryczka na otrzeźwienie. Duże miasto to nieco większe obszary do przemierzania. Dodatkowo stolica, to wyższe ceny noclegów i wyżywienia. Nie warto jednak sobie odmawiać, zwłaszcza gdy to ostatnie dni cudownego urlopu.
Pierwsze komplikacje pojawiły się już na samym międzynarodowym dworcu kolejowym. Nie udało się pierwszego dnia, ani następnego, zakupić promocyjnego biletu na pociąg do Katowic. Oczekiwaliśmy w kolejce bitą godzinę, a może nawet dłużej, po czym okazało się że są problemy z systemem komputerowym do sprzedaży biletów więc trzeba było zacząć procedurę od początku. To znaczy pobrać numerek i znowu swoje odczekać. Drugie podejście okazało się podobne, z tą różnicą, że w końcu system ruszył ale niestety promocja na ten dzień była nieaktualna. Jakoś nie chciało mi się wierzyć pani kasjerce, podejrzewałem że wymyśliła to żeby nas spławić, więc postanowiliśmy przyjść tutaj następnego dnia. Musieliśmy jeszcze znaleźć noclegi.
Tutaj pojawił się drugi problem. Okazało się że znalezione przeze mnie adresy hosteli (jedne z najtańszych jakie były w internecie) to noclegownie zlokalizowane w zatęchłych kamienicach budapesztańskiego śródmieścia, a towarzystwo tam przesiadujące było co najmniej podejrzane. Pod drugim adresem nikt nie odpowiadał na dzwonek domofonu. Zmęczeni podróżą i zniechęceni niepowodzeniem zaczęliśmy wątpić w nasz pobyt w Budapeszcie. Na szczęście odzyskaliśmy wiarę, gdy spotkaliśmy dwie sympatyczne Polki, które dały nam namiary na miły hostel. Jako, że było to po drugiej stronie rzeki i już zmierzaliśmy w kierunku metra, postanowiliśmy najpierw udać się pod adres, który dostałem od szwagra. Okazało się, że jest tu całkiem sympatycznie i czysto, a przede wszystkim zapewniona odrobina prywatności i dostęp do ładnej łazienki tuż obok drzwi do naszego pokoju. Polecamy Grand Hostel, kilka przystanków tramwajowych od stacji metra Moszkwa.
Następnego dnia na dworcu kolejowym obyło się bez problemów z komputerem, jednak promocji rzeczywiście już nie było, a cena biletu była prawie dwukrotnie wyższa niż bilet autokarowy. Postanowiliśmy więc powrócić autokarem firmy InterBus. Dowiedziałem się telefonicznie, że nie ma problemu z biletami i można kupić bezpośrednio u kierowcy. Uspokojeni tym faktem zaczęliśmy beztroskie zwiedzanie.
Budapeszt jest przepiękny: Wzgórze zamkowe, Parlament, Andrashy Ut., to piękne i majestatyczne miejsca. Widok na parlament z drugiej strony rzeki, przypomina nieco Londyn, a samo miasto ma swój niepowtarzalny klimat.
Warto spróbować kuchni węgierskiej. Gulasz to nie jest ich narodowa potrawa, jest jednak najczęściej zamawiana przez turystów być może dlatego, że jest to jedyna potrawa którą w języku węgierskim można odczytać w meni. Teraz menu jest w również w języku angielskim więc nie ma problemu. Gulasz jest jednak cudny. Pyszna jest również duszona wołowina w polewie porzeczkowej ;) Porcje są słuszne i naprawdę jeden posiłek oprócz śniadania w zupełności wystarczy.
Na wzmiankę zasługują również węgierskie naleśniki z różnym nadzieniem, np. szynka, ser, pieczarki. Naprawdę warto! Więcej nie byliśmy w stanie spróbować, bo byliśmy tutaj zaledwie 3 dni.
Trzeci dzień naszego owocnego pobytu w Budapeszcie był również dniem wyjazdu. Wymeldowaliśmy się z pokoju przed godz. 10 i dzięki uprzejmości obsługi hostelu pozostawiliśmy plecak na zapleczu. Mogliśmy swobodnie przemierzać ulice Pesztu, zahaczając również o miejsca mniej znane turystom, jak giełda staroci za dworcem Keleti w okolicach stadionu sportowego. Trafiliśmy tam zupełnie przez przypadek, czasem warto się zgubić ;) Miejsca oddalone od turystycznej części przypominają nasze polskie klimaty i nasz dawny wspólny ustój. Zmęczeni pieszymi wędrówkami wsiedliśmy w tramwaj nr 2, który ma trasę wzdłuż Dunaju i jeździliśmy tak kilka razy w tą i z powrotem. Wieczorem udaliśmy się na ostatnie zakupy, a potem jeszcze po plecak i na Dworzec Nepliget skąd miał odjechać nasz autokar do Polski.
Tutaj pojawiły się kolejne komplikacje. Autokar, którego odjazd był o godz. 23.55 nie przyjechał, a przynajmniej nie było go jeszcze o 2.00. Dodatkowo na dworcu zaczęły dziać się dziwne rzeczy z udziałem romskiej grupy oczekującej na autokar do Rumunii. Romska grupka oczekiwała najpierw na jednym ze stanowisk. Po jakimś czasie wszyscy stopniowo zaczęli przemieszczać się na drugą stronę ulicy, zasiedli tam wszyscy i w swoim znanym stylu zaczęli biesiadować. W pewnym momencie biesiadę przerwały krzyki i grupa ludzi ruszyła w pościg za jedną dziewczyną, która szukała pomocy u podróżnych, prosząc o telefon na policję. Policja zareagowała niezbyt ochoczo, bo dopiero jakieś 20 min od zajścia. Przez ten czas byliśmy świadkami pościgu jednej dziewczyny przez grupę wyrostków dookoła dworca. Sytuacja się w końcu wyjaśniła, albo tak nam się przynajmniej wydawało. Mieliśmy przynajmniej jakąś rozrywkę w oczekiwaniu na autokar. Tym bardziej, że byliśmy coraz bardziej zmęczeni, zmarznięci i zniecierpliwieni. W tym czasie czuliśmy się nieco raźniej gdyż na ten autokar czekały oprócz nas trzy dziewczyny z Polski. Miały one wykupione bilety więc autokar powinien był przyjechać. Nie wiemy o której w końcu przyjechał, bo podjechał autokar Łotewski, a my zdecydowaliśmy dojechać nim do Krakowa. Należy wspomnieć, że łotewski autokar przyjechał jak tylko otworzyliśmy Egri Bikaver, który najlepiej smakuje w nocy prosto z flaszki ;) i w sytuacjach kryzysowych ;)
Czasem jednak nie warto kupować biletu z wyprzedzeniem.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz