Wisienką na urlopowym torcie był Budapeszt (najprawdopodobniej najpiękniejsza stolica na "B") Dolecieliśmy tutaj z Burgas liniami Wizzair. Zapowiadało się niezbyt ciekawie. Przyzwyczajeni do tego że wszystko idzie łatwo, dostaliśmy tam małego pstryczka na otrzeźwienie. Duże miasto to nieco większe obszary do przemierzania. Dodatkowo stolica, to wyższe ceny noclegów i wyżywienia. Nie warto jednak sobie odmawiać, zwłaszcza gdy to ostatnie dni cudownego urlopu.
Pierwsze komplikacje pojawiły się już na samym międzynarodowym dworcu kolejowym. Nie udało się pierwszego dnia, ani następnego, zakupić promocyjnego biletu na pociąg do Katowic. Oczekiwaliśmy w kolejce bitą godzinę, a może nawet dłużej, po czym okazało się że są problemy z systemem komputerowym do sprzedaży biletów więc trzeba było zacząć procedurę od początku. To znaczy pobrać numerek i znowu swoje odczekać. Drugie podejście okazało się podobne, z tą różnicą, że w końcu system ruszył ale niestety promocja na ten dzień była nieaktualna. Jakoś nie chciało mi się wierzyć pani kasjerce, podejrzewałem że wymyśliła to żeby nas spławić, więc postanowiliśmy przyjść tutaj następnego dnia. Musieliśmy jeszcze znaleźć noclegi.
Tutaj pojawił się drugi problem. Okazało się że znalezione przeze mnie adresy hosteli (jedne z najtańszych jakie były w internecie) to noclegownie zlokalizowane w zatęchłych kamienicach budapesztańskiego śródmieścia, a towarzystwo tam przesiadujące było co najmniej podejrzane. Pod drugim adresem nikt nie odpowiadał na dzwonek domofonu. Zmęczeni podróżą i zniechęceni niepowodzeniem zaczęliśmy wątpić w nasz pobyt w Budapeszcie. Na szczęście odzyskaliśmy wiarę, gdy spotkaliśmy dwie sympatyczne Polki, które dały nam namiary na miły hostel. Jako, że było to po drugiej stronie rzeki i już zmierzaliśmy w kierunku metra, postanowiliśmy najpierw udać się pod adres, który dostałem od szwagra. Okazało się, że jest tu całkiem sympatycznie i czysto, a przede wszystkim zapewniona odrobina prywatności i dostęp do ładnej łazienki tuż obok drzwi do naszego pokoju. Polecamy Grand Hostel, kilka przystanków tramwajowych od stacji metra Moszkwa.
Następnego dnia na dworcu kolejowym obyło się bez problemów z komputerem, jednak promocji rzeczywiście już nie było, a cena biletu była prawie dwukrotnie wyższa niż bilet autokarowy. Postanowiliśmy więc powrócić autokarem firmy InterBus. Dowiedziałem się telefonicznie, że nie ma problemu z biletami i można kupić bezpośrednio u kierowcy. Uspokojeni tym faktem zaczęliśmy beztroskie zwiedzanie.
Budapeszt jest przepiękny: Wzgórze zamkowe, Parlament, Andrashy Ut., to piękne i majestatyczne miejsca. Widok na parlament z drugiej strony rzeki, przypomina nieco Londyn, a samo miasto ma swój niepowtarzalny klimat.
Warto spróbować kuchni węgierskiej. Gulasz to nie jest ich narodowa potrawa, jest jednak najczęściej zamawiana przez turystów być może dlatego, że jest to jedyna potrawa którą w języku węgierskim można odczytać w meni. Teraz menu jest w również w języku angielskim więc nie ma problemu. Gulasz jest jednak cudny. Pyszna jest również duszona wołowina w polewie porzeczkowej ;) Porcje są słuszne i naprawdę jeden posiłek oprócz śniadania w zupełności wystarczy.
Na wzmiankę zasługują również węgierskie naleśniki z różnym nadzieniem, np. szynka, ser, pieczarki. Naprawdę warto! Więcej nie byliśmy w stanie spróbować, bo byliśmy tutaj zaledwie 3 dni.
Trzeci dzień naszego owocnego pobytu w Budapeszcie był również dniem wyjazdu. Wymeldowaliśmy się z pokoju przed godz. 10 i dzięki uprzejmości obsługi hostelu pozostawiliśmy plecak na zapleczu. Mogliśmy swobodnie przemierzać ulice Pesztu, zahaczając również o miejsca mniej znane turystom, jak giełda staroci za dworcem Keleti w okolicach stadionu sportowego. Trafiliśmy tam zupełnie przez przypadek, czasem warto się zgubić ;) Miejsca oddalone od turystycznej części przypominają nasze polskie klimaty i nasz dawny wspólny ustój. Zmęczeni pieszymi wędrówkami wsiedliśmy w tramwaj nr 2, który ma trasę wzdłuż Dunaju i jeździliśmy tak kilka razy w tą i z powrotem. Wieczorem udaliśmy się na ostatnie zakupy, a potem jeszcze po plecak i na Dworzec Nepliget skąd miał odjechać nasz autokar do Polski.
Tutaj pojawiły się kolejne komplikacje. Autokar, którego odjazd był o godz. 23.55 nie przyjechał, a przynajmniej nie było go jeszcze o 2.00. Dodatkowo na dworcu zaczęły dziać się dziwne rzeczy z udziałem romskiej grupy oczekującej na autokar do Rumunii. Romska grupka oczekiwała najpierw na jednym ze stanowisk. Po jakimś czasie wszyscy stopniowo zaczęli przemieszczać się na drugą stronę ulicy, zasiedli tam wszyscy i w swoim znanym stylu zaczęli biesiadować. W pewnym momencie biesiadę przerwały krzyki i grupa ludzi ruszyła w pościg za jedną dziewczyną, która szukała pomocy u podróżnych, prosząc o telefon na policję. Policja zareagowała niezbyt ochoczo, bo dopiero jakieś 20 min od zajścia. Przez ten czas byliśmy świadkami pościgu jednej dziewczyny przez grupę wyrostków dookoła dworca. Sytuacja się w końcu wyjaśniła, albo tak nam się przynajmniej wydawało. Mieliśmy przynajmniej jakąś rozrywkę w oczekiwaniu na autokar. Tym bardziej, że byliśmy coraz bardziej zmęczeni, zmarznięci i zniecierpliwieni. W tym czasie czuliśmy się nieco raźniej gdyż na ten autokar czekały oprócz nas trzy dziewczyny z Polski. Miały one wykupione bilety więc autokar powinien był przyjechać. Nie wiemy o której w końcu przyjechał, bo podjechał autokar Łotewski, a my zdecydowaliśmy dojechać nim do Krakowa. Należy wspomnieć, że łotewski autokar przyjechał jak tylko otworzyliśmy Egri Bikaver, który najlepiej smakuje w nocy prosto z flaszki ;) i w sytuacjach kryzysowych ;)
Czasem jednak nie warto kupować biletu z wyprzedzeniem.
piątek, 31 lipca 2009
czwartek, 30 lipca 2009
jeszcze pare wspomnień i zdjęc ;)
Pozostają w pamięci nie tylko te piękne miejsca przygotowane dla turystów ale zwłaszcza te, których nie spodziewaliśmy się zobaczyć. Przedmieścia porośnięte ogromnymi, pięknie kwitnącymi ostami. Zapuszczone, w naszym mniemaniu, zagrody i spotykane czasem na drodze małe ośle zaprzęgi. Lokalny folklor jest piękny!

Przedmieścia Balcziku


Gospodarstwo pod miastem

Ośli zaprzęg to często spotykany środek lokomocji bułgarskiej prowincji. My nie widzieliśmy ich zbyt wiele ;)


Znajoma myśl techniczna - jedna z oznak przyjaźni polsko-bułgarskiej

Przedmieścia Balcziku


Gospodarstwo pod miastem

Ośli zaprzęg to często spotykany środek lokomocji bułgarskiej prowincji. My nie widzieliśmy ich zbyt wiele ;)


Znajoma myśl techniczna - jedna z oznak przyjaźni polsko-bułgarskiej
poniedziałek, 20 lipca 2009
people are people so
Gdyby nie cenne wskazówki przypadkowo napotkanych osób, czesto musielibyśmy poświęcić dużo więcej czasu na znalezienie noclegów, właściwych srodków transportu etc.
Zaczęło się tuż po przylocie do Varny. Lekko oszołomieni lotem odebraliśmy bagaż i wyszlismy z terminalu. Rozglądaliśmy sie za jakims przystankiem autobusowym, gdy zobaczyliśmy że właśnie podjeżdża autobus 409 i ze wsiada do niego niewielki ale zdeterminowany tłum. Minęła nas kobieta którą zapamiętałam z samolotu, biegnąca z walizą i koleżanką - obie rozmawiały po polsku. Rzuciłam pytające: - Przepraszam, czy ten autobus jedzie do centrum? Do dworca autobusowego?
Kobieta potwierdziła, wiec wsiedlismy. Natychmiast podeszła do nas pani konduktorka, ponieważ okazało się, ze w Bułgarii jest 100% sciągalność - w kazdym autobusie jest osoba sprzedająca i kontrolująca bilety. Oczywiście nie posiadalismy nie tylko biletu, ale tez i lokalnej waluty.
Mua: - Ile?
Pani konduktorka: - 2 Lewy.
Nie chciała przyjąć ode mnie wygrzebanej z dna torebki monety 1 EU mimo ze zgodnie z kursem otrzymałaby równowartość dwóch biletów (1 eu = 1,95 lewy) i sytuacja robiła sie niewesoła. I tu z pomocą przyszła nam koleżanka naszej współpasażerki z lotu - zapłaciła za nasze bilety konduktorce i ustaliła z nią ze ta przemiła kobieta wskaze nam na którym przystanku mamy wysiąść.
Kolejne miłe spotkanie odbyło się w Bałcziku, gdzie zaraz po tym jak wysiedliśmy z busa, podszedł do nas Dziadek oferujący bardzo tanie ale porządne kwatiry -nawet nie zdążyliśmy się napić wody, przepakować na marsz po miasteczku, czy choćby mrugnąć okiem - Dziadek juz stał przy nas, dbając o wyraźny monopol na rynku. Co prawda ja w pierwszej chwili sądziłam, ze przyczepił się do mnie tradycyjnie jakis miejscowy zul prosząc o drobne na bułgarskiego mamrota, ale Tony od razu zrozumiał że miły starszy pan proponuje nam zakwaterowanie. Interes załatwilismy w kwadrans, kwatiry były wspaniałe - o czym pisał ż wczesniej Tony - a Dziadek zniknął po wręczeniu nam kluczy i nikt nam głowy niczym nie zawracał. Zaoszczędziliśmy dzięki niemu mnóstwo czasu i sporo pieniedzy.
W poszukiwaniu spożywczaków i warzywniaków przemierzyliśmy całe miasteczko i dzięki temu robiliśmy zakupy w niekoniecznie najdrozszych marketach. Niedaleko naszej kwatiry znajduje się sklep o wiele mówiacej nazwie "U Ludmily" - właścicielka okazała sie być ciepłą, miłą kobietą, bez skrepowania zachwalała swój towar (boskie sery, jogurty, kefiry, mniammm) i chęć zaoferowania miłej obsługi. Powiedziała, ze gdy rano wybieramy się nad morze, mamy do niej przyjść i wskazac które wino ma nam schłodzić na wieczór, a gdyby juz było zamkniete, to mamy uzyc dzwonka - pani Ludmiła mieszka nad sklepem i zawsze jest gotowa zejść na moment za ladę dla miłych turystów.
Ciekawą postacią okazał sie być jeden ze współpasazerów z busa na trasie Varna - Burgas. Starszy pan (w rozmowie wspomniał ze ma 69lat ("- But mind still sharp as a razorblade, baby!"), doktor medycyny, profesor w dziedzinie chorób związanych z otyloscią - mamy jego wizytówkę i prośbę o maila, postaram się niedługo do niego napisac z pozdrowieniami z Wrocławia. W trakcie niespełna 3 godzinnej podróży zdążył nam opisać piękno miasta rodzinnego Burgas, wspomnieć o tym ze podrózuje z młodym brytyjskim chirurgiem na konferencję naukową, opowiedziec co sądzi o procesach polityczno - gospodarczo - społecznych, jakie zaszły w Bułgarii po upadku rezimu komunistycznego... Niezwykły umysł, od razu wyczuwa sie w nim pracownika naukowego, nawykłego do posłuchu, wzbudzania respektu i peszenia rozmówcy, widać taki to miedzynarodowy gatunek akademicki ;)
Zaczęło się tuż po przylocie do Varny. Lekko oszołomieni lotem odebraliśmy bagaż i wyszlismy z terminalu. Rozglądaliśmy sie za jakims przystankiem autobusowym, gdy zobaczyliśmy że właśnie podjeżdża autobus 409 i ze wsiada do niego niewielki ale zdeterminowany tłum. Minęła nas kobieta którą zapamiętałam z samolotu, biegnąca z walizą i koleżanką - obie rozmawiały po polsku. Rzuciłam pytające: - Przepraszam, czy ten autobus jedzie do centrum? Do dworca autobusowego?
Kobieta potwierdziła, wiec wsiedlismy. Natychmiast podeszła do nas pani konduktorka, ponieważ okazało się, ze w Bułgarii jest 100% sciągalność - w kazdym autobusie jest osoba sprzedająca i kontrolująca bilety. Oczywiście nie posiadalismy nie tylko biletu, ale tez i lokalnej waluty.
Mua: - Ile?
Pani konduktorka: - 2 Lewy.
Nie chciała przyjąć ode mnie wygrzebanej z dna torebki monety 1 EU mimo ze zgodnie z kursem otrzymałaby równowartość dwóch biletów (1 eu = 1,95 lewy) i sytuacja robiła sie niewesoła. I tu z pomocą przyszła nam koleżanka naszej współpasażerki z lotu - zapłaciła za nasze bilety konduktorce i ustaliła z nią ze ta przemiła kobieta wskaze nam na którym przystanku mamy wysiąść.
Kolejne miłe spotkanie odbyło się w Bałcziku, gdzie zaraz po tym jak wysiedliśmy z busa, podszedł do nas Dziadek oferujący bardzo tanie ale porządne kwatiry -nawet nie zdążyliśmy się napić wody, przepakować na marsz po miasteczku, czy choćby mrugnąć okiem - Dziadek juz stał przy nas, dbając o wyraźny monopol na rynku. Co prawda ja w pierwszej chwili sądziłam, ze przyczepił się do mnie tradycyjnie jakis miejscowy zul prosząc o drobne na bułgarskiego mamrota, ale Tony od razu zrozumiał że miły starszy pan proponuje nam zakwaterowanie. Interes załatwilismy w kwadrans, kwatiry były wspaniałe - o czym pisał ż wczesniej Tony - a Dziadek zniknął po wręczeniu nam kluczy i nikt nam głowy niczym nie zawracał. Zaoszczędziliśmy dzięki niemu mnóstwo czasu i sporo pieniedzy.
W poszukiwaniu spożywczaków i warzywniaków przemierzyliśmy całe miasteczko i dzięki temu robiliśmy zakupy w niekoniecznie najdrozszych marketach. Niedaleko naszej kwatiry znajduje się sklep o wiele mówiacej nazwie "U Ludmily" - właścicielka okazała sie być ciepłą, miłą kobietą, bez skrepowania zachwalała swój towar (boskie sery, jogurty, kefiry, mniammm) i chęć zaoferowania miłej obsługi. Powiedziała, ze gdy rano wybieramy się nad morze, mamy do niej przyjść i wskazac które wino ma nam schłodzić na wieczór, a gdyby juz było zamkniete, to mamy uzyc dzwonka - pani Ludmiła mieszka nad sklepem i zawsze jest gotowa zejść na moment za ladę dla miłych turystów.
Ciekawą postacią okazał sie być jeden ze współpasazerów z busa na trasie Varna - Burgas. Starszy pan (w rozmowie wspomniał ze ma 69lat ("- But mind still sharp as a razorblade, baby!"), doktor medycyny, profesor w dziedzinie chorób związanych z otyloscią - mamy jego wizytówkę i prośbę o maila, postaram się niedługo do niego napisac z pozdrowieniami z Wrocławia. W trakcie niespełna 3 godzinnej podróży zdążył nam opisać piękno miasta rodzinnego Burgas, wspomnieć o tym ze podrózuje z młodym brytyjskim chirurgiem na konferencję naukową, opowiedziec co sądzi o procesach polityczno - gospodarczo - społecznych, jakie zaszły w Bułgarii po upadku rezimu komunistycznego... Niezwykły umysł, od razu wyczuwa sie w nim pracownika naukowego, nawykłego do posłuchu, wzbudzania respektu i peszenia rozmówcy, widać taki to miedzynarodowy gatunek akademicki ;)
piątek, 17 lipca 2009
little differences 2
To co najciekawsze zobaczyliśmy podczas naszych popołudniowych wycieczek na przedmieścia miasteczka. Balczik to mała miejscowość, jednak oprócz swojego centrum turystycznego ma wiele ciekawych i mało znanych przeciętnemu turyście miejsc. Poznaliśmy je poniekąd dzięki temu, że zakwaterowani byliśmy w mieszkaniu normalnej bułgarskiej rodziny. Pokój był przytulny, a z dodatkowego wyposażenia mieliśmy do dyspozycji lodówkę (nota bene marki Polar z początku lat 70-tych - ale nadzwyczaj sprawny i cichy egzemplarz). Mieszkanie było w dwupiętrowym bloku niedaleko wybrzeża.


Skrzynki pocztowe. Nie ma tu zbyt wielu mieszkańców

Klatka schodowa o zapachu morskiej wilgoci ;)
Samo miasteczko usytuowane jest na dosyć zróżnicowanym terenie. Jest tam wiele wzniesień, które w upalny dzień dają się nieco we znaki. Po południu można się jednak zdecydować na wycieczkę.
Jednego dnia postanowiliśmy wybrać się w okolice widocznego z dołu napisu Balczik. Napis znajduje się na najwyższym okolicznym wzniesieniu i jest widoczny z każdego praktycznie miejsca w miasteczku. Nocą jest on podświetlony i świetnie prezentuje się nad migoczącym różnymi światłami miasteczkiem.

Napis: Balczik. Widok z sąsiedniego wzgórza

Balczik nocą
Aby dotrzeć na sam szczyt wzgórza trzeba przejść przez romską dzielnicę. Zobaczymy tutaj tę nieco mniej znaną Bułgarię. Tak naprawdę nie spodziewaliśmy się takich klimatów, bo żaden z przewodników nie wspominał ani o przedmieściach, ani o jakichkolwiek innych ewentualnych niespodziankach jakich można doświadczyć schodząc z uczęszczanych przez turystów tras.
Po uliczkach biegały umorusane dzieciaki. Mężczyźni siedzieli na murku patrząc na nas zaciekawionym wzrokiem. Na około słychać było kłótnie, krzyki i śmiechy oraz inne odgłosy małomiasteczkowej romskiej dzielnicy.
Dopiero po kilkuset metrach, gdy zbliżyliśmy się do końca rozkopanej w tym czasie drogi poczuliśmy lekką ulgę, że nikt nas tam nie zaczepił.
Na końcu drogi pasły się niczym nie zrażone kozy, które próbowały jeść nawet osty.


Dalej postanowiliśmy przejść wydeptaną przez kozy ścieżką, która jak się okazało prowadziła do asfaltowej drogi. Po drugiej stronie drogi było już nieco bardziej stromo jednak mimo wszystko da się wejść na sam szczyt nawet w klapkach i sandałach ;) Na szczycie czuć powiew świeżego morskiego powietrza i jest bardzo przyjemnie. Rozpościerają się stamtąd przepiękne widoki na morze i na miasteczko.

Widok na morze i naszą kwatirę
Napis: Balczik został zdobyty. Nie wydaje się aby było to częste. Trzeba zadać sobie trochę trudu aby się tam dostać. Na szczycie widać jedynie ślady po racach i fajerwerkach, odpalanych zapewne podczas ważniejszych świąt.

Zdobyliśmy napis Balczik 5 lipca 2009, 17:20


Skrzynki pocztowe. Nie ma tu zbyt wielu mieszkańców

Klatka schodowa o zapachu morskiej wilgoci ;)
Samo miasteczko usytuowane jest na dosyć zróżnicowanym terenie. Jest tam wiele wzniesień, które w upalny dzień dają się nieco we znaki. Po południu można się jednak zdecydować na wycieczkę.
Jednego dnia postanowiliśmy wybrać się w okolice widocznego z dołu napisu Balczik. Napis znajduje się na najwyższym okolicznym wzniesieniu i jest widoczny z każdego praktycznie miejsca w miasteczku. Nocą jest on podświetlony i świetnie prezentuje się nad migoczącym różnymi światłami miasteczkiem.

Napis: Balczik. Widok z sąsiedniego wzgórza

Balczik nocą
Aby dotrzeć na sam szczyt wzgórza trzeba przejść przez romską dzielnicę. Zobaczymy tutaj tę nieco mniej znaną Bułgarię. Tak naprawdę nie spodziewaliśmy się takich klimatów, bo żaden z przewodników nie wspominał ani o przedmieściach, ani o jakichkolwiek innych ewentualnych niespodziankach jakich można doświadczyć schodząc z uczęszczanych przez turystów tras.
Po uliczkach biegały umorusane dzieciaki. Mężczyźni siedzieli na murku patrząc na nas zaciekawionym wzrokiem. Na około słychać było kłótnie, krzyki i śmiechy oraz inne odgłosy małomiasteczkowej romskiej dzielnicy.
Dopiero po kilkuset metrach, gdy zbliżyliśmy się do końca rozkopanej w tym czasie drogi poczuliśmy lekką ulgę, że nikt nas tam nie zaczepił.
Na końcu drogi pasły się niczym nie zrażone kozy, które próbowały jeść nawet osty.


Dalej postanowiliśmy przejść wydeptaną przez kozy ścieżką, która jak się okazało prowadziła do asfaltowej drogi. Po drugiej stronie drogi było już nieco bardziej stromo jednak mimo wszystko da się wejść na sam szczyt nawet w klapkach i sandałach ;) Na szczycie czuć powiew świeżego morskiego powietrza i jest bardzo przyjemnie. Rozpościerają się stamtąd przepiękne widoki na morze i na miasteczko.

Widok na morze i naszą kwatirę
Napis: Balczik został zdobyty. Nie wydaje się aby było to częste. Trzeba zadać sobie trochę trudu aby się tam dostać. Na szczycie widać jedynie ślady po racach i fajerwerkach, odpalanych zapewne podczas ważniejszych świąt.

Zdobyliśmy napis Balczik 5 lipca 2009, 17:20
wtorek, 14 lipca 2009
little differences
Pamietacie co odpowiedział Vincent Vega w "Pulp Fiction" zapytany o to co zapamietal z podrozy? "-Little differences!" i tak też zakodowałam sobie kilka detali charakterystycznych dla Bułgarii, ponieważ były obecne w każdym z nawiedzonych przez nas miast:
KOTY
Sa na każdej ulicy, drzemią pod autami, śmietnikami, dokarmiane przez ludzi. Przy bramie którą wchodziliśmy na kwatirę codziennie pewna miła staruszka wystawiała tackę z rybymi szczatkami, przy których dostojnie zasiadało kilka sierściuchów w sobie znanej hierarchii. Koty są tam w małych i dużych miastach, widac świetnie czują sie w nadmorskim klimacie, pełnym ptaków, ryb i turystów. A moze Bułgaria jest takim kocim niebem, do którego trafiają na to swoje siódme (a moze dziewiąte? hm) zycie?...
NEKROLOGI
Nie byloby w nich nic dziwnego i w sumie w ogole nie poruszalabym tego tematu gdyby nie to, ze w Bulgarii najwyrazniej jest zwyczaj umieszczania na nekrologu zdjecia zmarlej osoby. Fotka niekoniecznie jest zwyczajna, taka z dokumentu tozsamosci, choc i takie sie zdarzaly.


Widzielismy kilka nekrologow ze zdjeciami z imprez i innych codziennych, zwyczajnych sytuacji gdy denat cieszył się zdrowiem i zyciem. Poza tym owe nekrologi bardzo długo wiszą, napotkaliśmy mnóstwo z końca 2008 roku i poczatku 2009 - nikt ich nie zdejmuje, nie tylko z ulic ale i z okolic cerkwi.
CHODNIKI
A konkretnie nonszalanckie podejscie architektów, budowniczych i planistów bułgarskich do sprawy tak prozaicznej, i - wydawałoby się - rozpowszechnionej - jak chodniki.

To to jest jeszcze bardzo przyjazny chodnik, kończący się drzewkiem. [Tony S. ;)]
W mniejszych i większych miastach jest tak samo, to znaczy jeśli chodnik jest ( a to juz samo w sobie nie jest takie oczywiste), to co chwilę jest szatkowany drzewami swobodnie rosnącymi, wyrwami czatującymi na niewinne kostki przechodni, autami bojowniczo zaparkowanymi bez zachowania jakiegokolwiek miejsca na przejście... Nie mają zadnych szans wózki z dziećmi, większe bagaze, niepełnosprawni, rowerzysci chcący uniknąć rozjechania przez auta pędzące z iście południowym temperamentem- cóz, widocznie co kraj, to obyczaj, w kazdym razie spacer chodnikiem w Bułgarii jest nie lada wyczynem ;)
BODY LANGUAGE
A, jeszcze jedno - przed wyjazdem zastanawialiśmy się czy Bułgarzy zachowali bizantyjski zwyczaj przeczącego kręcenia głową na tak i potakiwania na nie - prawdę mówiąc odniosłam wrazenie że pod tym wzgledem dostosowali się do turystów, starając się na wszelki wypadek nie wykonywać zadnych gwaltownych ruchów szyją. Biznes jest biznes ;) Po co narazac sie na utratę klienta zbędną gestykulacją, gdy wystarczy wystukać odpowiednią kwotę na kalkulatorze i pokazać zbaraniałemu podroznikowi by wysupłał lewy wraz ze statinkami z topniejącego na kazdym kroku portfela...
KOTY
Sa na każdej ulicy, drzemią pod autami, śmietnikami, dokarmiane przez ludzi. Przy bramie którą wchodziliśmy na kwatirę codziennie pewna miła staruszka wystawiała tackę z rybymi szczatkami, przy których dostojnie zasiadało kilka sierściuchów w sobie znanej hierarchii. Koty są tam w małych i dużych miastach, widac świetnie czują sie w nadmorskim klimacie, pełnym ptaków, ryb i turystów. A moze Bułgaria jest takim kocim niebem, do którego trafiają na to swoje siódme (a moze dziewiąte? hm) zycie?...
NEKROLOGI
Nie byloby w nich nic dziwnego i w sumie w ogole nie poruszalabym tego tematu gdyby nie to, ze w Bulgarii najwyrazniej jest zwyczaj umieszczania na nekrologu zdjecia zmarlej osoby. Fotka niekoniecznie jest zwyczajna, taka z dokumentu tozsamosci, choc i takie sie zdarzaly.


Widzielismy kilka nekrologow ze zdjeciami z imprez i innych codziennych, zwyczajnych sytuacji gdy denat cieszył się zdrowiem i zyciem. Poza tym owe nekrologi bardzo długo wiszą, napotkaliśmy mnóstwo z końca 2008 roku i poczatku 2009 - nikt ich nie zdejmuje, nie tylko z ulic ale i z okolic cerkwi.
CHODNIKI
A konkretnie nonszalanckie podejscie architektów, budowniczych i planistów bułgarskich do sprawy tak prozaicznej, i - wydawałoby się - rozpowszechnionej - jak chodniki.

To to jest jeszcze bardzo przyjazny chodnik, kończący się drzewkiem. [Tony S. ;)]
W mniejszych i większych miastach jest tak samo, to znaczy jeśli chodnik jest ( a to juz samo w sobie nie jest takie oczywiste), to co chwilę jest szatkowany drzewami swobodnie rosnącymi, wyrwami czatującymi na niewinne kostki przechodni, autami bojowniczo zaparkowanymi bez zachowania jakiegokolwiek miejsca na przejście... Nie mają zadnych szans wózki z dziećmi, większe bagaze, niepełnosprawni, rowerzysci chcący uniknąć rozjechania przez auta pędzące z iście południowym temperamentem- cóz, widocznie co kraj, to obyczaj, w kazdym razie spacer chodnikiem w Bułgarii jest nie lada wyczynem ;)
BODY LANGUAGE
A, jeszcze jedno - przed wyjazdem zastanawialiśmy się czy Bułgarzy zachowali bizantyjski zwyczaj przeczącego kręcenia głową na tak i potakiwania na nie - prawdę mówiąc odniosłam wrazenie że pod tym wzgledem dostosowali się do turystów, starając się na wszelki wypadek nie wykonywać zadnych gwaltownych ruchów szyją. Biznes jest biznes ;) Po co narazac sie na utratę klienta zbędną gestykulacją, gdy wystarczy wystukać odpowiednią kwotę na kalkulatorze i pokazać zbaraniałemu podroznikowi by wysupłał lewy wraz ze statinkami z topniejącego na kazdym kroku portfela...
message in a bottle ku przestrodze
W Varnie po przylocie nie mieliśmy specjalnie dużo czasu ani sił na szukanie hotelu, za to po zaklepaniu noclegu i prysznicu wstąpiła w nas nowa energia i ruszyliśmy przywitać się z Morzem Czarnym. Tak więc już w pierwszy wieczór zjedlismy kolację na plaży: wino (obowiązkowo), pieczywko, serek, pomidory pachnące bułgarskim słońcem - jednym słowem pyszota. Słońce powoli acz dostojnie zaszło za wzgórzami, światła latarni nieopodal dawały nastrojowy półmrok, gawędzilismy sobie o tym jak to miło zacząć taki urlop. Wpadliśmy na pomysł przekazania ludzkości naszego wspaniałego humoru, po czym niewiele myśląc na kawałku kartki napisałam tekst w rodzaju "Jest cudownie, pozdrawiamy" (nie pamiętam co konkretnie bo wszak opróżniliśmy butelczynę). Tony zakorkował wiadomość w butelce i ruszył skałkami w ciemnosciach znaleźć dogodne miejsce do rzutu w dal. Jakże romantycznie się ów czyn zapowiadał! Niestety, rzeczywistość okazała się śliska i podstępna: skałki były śliskie, mokre i porośniete wodorostami. Zarys sylwetki Tony'ego oddalił sie nieco i nagle usłyszałam, cytuję, lekko zaskoczone "-UGH!" bo Tony poślizgnął się i przywalił w kamienie kregosłupem, łokciem i palcem u dłoni. Po chwili wygrzebał sie z pomiedzy skałek, ruszył dzielnie dalej krzycząc ze nic mu nie jest (a juz miałam wizję połamanych kończyn, urazu czaszki etc). Przekazał celnym rzutem wiadomość morzu i wróciliśmy do hotelu, zasypiając w locie na poduszkę. Puenta jest taka ze stare konie tez miewają niemądre pomysły, bo zdaje mi sie ze wpadlismy na to cudenko razem ;)
śmichy chichy
Dwie opowieści z podrózy znajdują się na gadceszmatce czyli:
http://gadkaszmatka.blog.pl/archiwum/index.php?nid=14395865 oraz http://gadkaszmatka.blog.pl/archiwum/index.php?nid=14395860
z racji zabarwienia humorustycznego (rzecz subiektywna).
http://gadkaszmatka.blog.pl/archiwum/index.php?nid=14395865 oraz http://gadkaszmatka.blog.pl/archiwum/index.php?nid=14395860
z racji zabarwienia humorustycznego (rzecz subiektywna).
sobota, 11 lipca 2009
poniedziałek, 6 lipca 2009
Bulgarski internet
Kilka ostatnich dni spedzilismy na poszukiwaniu internetu. Niestety komputeryzacja w Balcziku jest jeszcze nieco zapozniona. Gdy w koncu udalo nam sie znalezc punkt z internetem to okazalo sie, ze jest tu Linux a konfiguracja uniemozliwia publikowanie zdjec z aparatu.
Niestety nie mozemy tez wysylac juz notek z telefonu.
Idziemy teraz poplazowac, nastepna notka byc moze z Burgas lub z Budapesztu.
Tony
Oboje przerobilismy po jednym dniu lekkiego strucia zoladkowego, poza tym zaczynamy wygladac jak Bulgarzy /opalenizna/, tylko Tony jest troche za wysoki hihihi
Mamy swoja ulubiona knajpke z jedzeniem w ktorej z uporem maniaka jadamy rosol lub rybcie - bo rybcia robi dobrze na wszystko...
Bylismy w Warnie w delfinarium, ja pod cerkwia zrobilam interes zycia - nie pytajcie... W Balcziku wdrapalismy sie na ogromniasta gore i zdobylismy napis Balczik - docenicie ten fakt gdy zobaczycie fotki.
Brumella
Niestety nie mozemy tez wysylac juz notek z telefonu.
Idziemy teraz poplazowac, nastepna notka byc moze z Burgas lub z Budapesztu.
Tony
Oboje przerobilismy po jednym dniu lekkiego strucia zoladkowego, poza tym zaczynamy wygladac jak Bulgarzy /opalenizna/, tylko Tony jest troche za wysoki hihihi
Mamy swoja ulubiona knajpke z jedzeniem w ktorej z uporem maniaka jadamy rosol lub rybcie - bo rybcia robi dobrze na wszystko...
Bylismy w Warnie w delfinarium, ja pod cerkwia zrobilam interes zycia - nie pytajcie... W Balcziku wdrapalismy sie na ogromniasta gore i zdobylismy napis Balczik - docenicie ten fakt gdy zobaczycie fotki.
Brumella
piątek, 3 lipca 2009
Wycieczka do Warny
Postanowiliśmy poświęcić jeden dzień na obejrzenie Warny, przez którą przejeżdżaliśmy jedynie w drodze do Balczika z pobliskiego lotniska.
Miasto samo w sobie nie robi specjalnego wrażenia. Krótkie opisy można znaleźć w każdym przewodniku. Jest dosyć rozległe, a do części turystycznej można dojechać z samego lotniska przez dworzec autobusowy (Autogara) po drogę prowadzącą na Złote piaski, przy której umiejscowione jest delfinarium, park miejski, akwarium, a nad samym morzem plaże i kafejki. Jeździ tamtędy autobus miejski 409. Bilety kupuje się w samym autobusie od pań kasjerek, które pilnują jednocześnie by nikt nie jechał na gapę. Bilet kosztuje 1 lew, a panie kasjerki podpowiedzą zagubionemu turyście, na którym przystanku należy wysiąść.
W Warnie znajdują się dwa dworce autobusowe, usytuowane w niewielkiej odległości od siebie. Obsługują one te same połączenia. Warto więc w razie czego sprawdzić czy nie ma aby autobusu na sąsiednim dworcu. W czasie gdy nie ma połączenia do danej miejscowości przy wejściu głównym czatują panowie oferujący przewozy minibusem lub taksówką, oczywiście z odpowiednio wyższą ceną.


Tego dnia, jak typowi turyści udaliśmy się do miejskiego delfinarium, gdzie prawie każdego dnia odbywają się trzy pokazy delfinów. Ostatni pokaz o 15.00, a delfinarium jest zamknięte w poniedziałki. Bilet na pokaz jest dosyć drogi, bo kosztuje 20 lew i za aparat lub kamerę dodatkowa opłata 5 lew. W kolejce przeważa język rosyjski ale jak wszędzie można spotkać tu wielu Polaków.
Delfiny świetnie się bawią i dostarczają widzom nie lada rozrywki. W jednej z zabaw uczestniczą nawet widzowie, łapiąc piłki odbijane znienacka spod powierzchni basenu.



Idąc od delfinarium przez park wzdłuż linii plaż w kierunku miasta dojdziemy do miejskiego akwarium. Nie jest to zbyt wielki obiekt, jakość i wielkość prezentowanych okazów odpowiada cenie (4 lew).

Po drodze do akwarium można przysiąść na ławeczce w cieniu drzew i ochłodzić się smacznym lodem z automatu. Produkty mleczne w Bułgarii są bardzo smaczne. Przy okazji polecamy: jogurty, kefiry, sery, mleka smakowe (kawa, melon - mnią ;))
Dalej w kierunku dworca mijamy deptak i liczne kawiarenki i restauracje. Tutaj toczy się życie turystycznej Warny. Nieopodal, nieco na uboczu znajdujemy zaciszny lokal z tradycyjnymi daniami kuchni bułgarskiej. Polecamy tradycyjny bułgarski chłodnik - zupa jogurtowa z czosnkiem, a także przepyszne sałatki. Trzeba uważać na składniki i być może unikać jaj i mięsa. Sam odchorowałem następnego dnia przepyszną sałatkę tradycyjną z ogórka, pomidora, kukurydzy, kapusty, jaj, szynki i sosu majonezowego.
Tego dnia posileni przepysznym i lekkim bułgarskim posiłkiem zmierzaliśmy dalej główną ulicą Warny w kierunku dworca autobusowego. Można tutaj na każdym kroku spotkać obiekty architektury minionego systemu, a także ładniejsze "ozdobione" reklamami znanych koncernów. Miejscami trafić można na stragany z kwiatami i owocami.

Perełką na trasie jest cerkiew katedralna do której wstęp jest wolny, a jedynie fotografowanie i filmowanie dozwolone za opłatą 5 lew.


Pod cerkwią kręcą się drobni naciągacze oferujący wymianę waluty lub inne towary podejrzanej jakości - szczerze nie polecamy ;)
Spod cerkwi już całkiem blisko do dworca autobusowego. Można przejść ten dystans w kilka minut.
Z pewnością trudno jest zobaczyć wszystkie atrakcje, które oferuje nam Warna w jeden dzień. Ale wystarczy to aby utrwalić w pamięci obraz jednego z większych bułgarskich miast i być może powrócić tutaj kiedyś.
Miasto samo w sobie nie robi specjalnego wrażenia. Krótkie opisy można znaleźć w każdym przewodniku. Jest dosyć rozległe, a do części turystycznej można dojechać z samego lotniska przez dworzec autobusowy (Autogara) po drogę prowadzącą na Złote piaski, przy której umiejscowione jest delfinarium, park miejski, akwarium, a nad samym morzem plaże i kafejki. Jeździ tamtędy autobus miejski 409. Bilety kupuje się w samym autobusie od pań kasjerek, które pilnują jednocześnie by nikt nie jechał na gapę. Bilet kosztuje 1 lew, a panie kasjerki podpowiedzą zagubionemu turyście, na którym przystanku należy wysiąść.
W Warnie znajdują się dwa dworce autobusowe, usytuowane w niewielkiej odległości od siebie. Obsługują one te same połączenia. Warto więc w razie czego sprawdzić czy nie ma aby autobusu na sąsiednim dworcu. W czasie gdy nie ma połączenia do danej miejscowości przy wejściu głównym czatują panowie oferujący przewozy minibusem lub taksówką, oczywiście z odpowiednio wyższą ceną.


Tego dnia, jak typowi turyści udaliśmy się do miejskiego delfinarium, gdzie prawie każdego dnia odbywają się trzy pokazy delfinów. Ostatni pokaz o 15.00, a delfinarium jest zamknięte w poniedziałki. Bilet na pokaz jest dosyć drogi, bo kosztuje 20 lew i za aparat lub kamerę dodatkowa opłata 5 lew. W kolejce przeważa język rosyjski ale jak wszędzie można spotkać tu wielu Polaków.
Delfiny świetnie się bawią i dostarczają widzom nie lada rozrywki. W jednej z zabaw uczestniczą nawet widzowie, łapiąc piłki odbijane znienacka spod powierzchni basenu.



Idąc od delfinarium przez park wzdłuż linii plaż w kierunku miasta dojdziemy do miejskiego akwarium. Nie jest to zbyt wielki obiekt, jakość i wielkość prezentowanych okazów odpowiada cenie (4 lew).

Po drodze do akwarium można przysiąść na ławeczce w cieniu drzew i ochłodzić się smacznym lodem z automatu. Produkty mleczne w Bułgarii są bardzo smaczne. Przy okazji polecamy: jogurty, kefiry, sery, mleka smakowe (kawa, melon - mnią ;))
Dalej w kierunku dworca mijamy deptak i liczne kawiarenki i restauracje. Tutaj toczy się życie turystycznej Warny. Nieopodal, nieco na uboczu znajdujemy zaciszny lokal z tradycyjnymi daniami kuchni bułgarskiej. Polecamy tradycyjny bułgarski chłodnik - zupa jogurtowa z czosnkiem, a także przepyszne sałatki. Trzeba uważać na składniki i być może unikać jaj i mięsa. Sam odchorowałem następnego dnia przepyszną sałatkę tradycyjną z ogórka, pomidora, kukurydzy, kapusty, jaj, szynki i sosu majonezowego.
Tego dnia posileni przepysznym i lekkim bułgarskim posiłkiem zmierzaliśmy dalej główną ulicą Warny w kierunku dworca autobusowego. Można tutaj na każdym kroku spotkać obiekty architektury minionego systemu, a także ładniejsze "ozdobione" reklamami znanych koncernów. Miejscami trafić można na stragany z kwiatami i owocami.

Perełką na trasie jest cerkiew katedralna do której wstęp jest wolny, a jedynie fotografowanie i filmowanie dozwolone za opłatą 5 lew.


Pod cerkwią kręcą się drobni naciągacze oferujący wymianę waluty lub inne towary podejrzanej jakości - szczerze nie polecamy ;)
Spod cerkwi już całkiem blisko do dworca autobusowego. Można przejść ten dystans w kilka minut.
Z pewnością trudno jest zobaczyć wszystkie atrakcje, które oferuje nam Warna w jeden dzień. Ale wystarczy to aby utrwalić w pamięci obraz jednego z większych bułgarskich miast i być może powrócić tutaj kiedyś.
czwartek, 2 lipca 2009
Ogrody krolowej Marii
Dzisiaj bylismy w letniej rezydencji krolowej rumunskiej i w otaczajacych ja ogrodach, gdzie obecnie jest ogrod botaniczny w Balcziku. Wstep 10 leva ale warto, roztaczaja sie z tamtad przepiekne widoki. Reszta dnia plazowanie;-)
------
Tony S.
środa, 1 lipca 2009
Subskrybuj:
Posty (Atom)
