wtorek, 14 lipca 2009
message in a bottle ku przestrodze
W Varnie po przylocie nie mieliśmy specjalnie dużo czasu ani sił na szukanie hotelu, za to po zaklepaniu noclegu i prysznicu wstąpiła w nas nowa energia i ruszyliśmy przywitać się z Morzem Czarnym. Tak więc już w pierwszy wieczór zjedlismy kolację na plaży: wino (obowiązkowo), pieczywko, serek, pomidory pachnące bułgarskim słońcem - jednym słowem pyszota. Słońce powoli acz dostojnie zaszło za wzgórzami, światła latarni nieopodal dawały nastrojowy półmrok, gawędzilismy sobie o tym jak to miło zacząć taki urlop. Wpadliśmy na pomysł przekazania ludzkości naszego wspaniałego humoru, po czym niewiele myśląc na kawałku kartki napisałam tekst w rodzaju "Jest cudownie, pozdrawiamy" (nie pamiętam co konkretnie bo wszak opróżniliśmy butelczynę). Tony zakorkował wiadomość w butelce i ruszył skałkami w ciemnosciach znaleźć dogodne miejsce do rzutu w dal. Jakże romantycznie się ów czyn zapowiadał! Niestety, rzeczywistość okazała się śliska i podstępna: skałki były śliskie, mokre i porośniete wodorostami. Zarys sylwetki Tony'ego oddalił sie nieco i nagle usłyszałam, cytuję, lekko zaskoczone "-UGH!" bo Tony poślizgnął się i przywalił w kamienie kregosłupem, łokciem i palcem u dłoni. Po chwili wygrzebał sie z pomiedzy skałek, ruszył dzielnie dalej krzycząc ze nic mu nie jest (a juz miałam wizję połamanych kończyn, urazu czaszki etc). Przekazał celnym rzutem wiadomość morzu i wróciliśmy do hotelu, zasypiając w locie na poduszkę. Puenta jest taka ze stare konie tez miewają niemądre pomysły, bo zdaje mi sie ze wpadlismy na to cudenko razem ;)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz