Gdyby nie cenne wskazówki przypadkowo napotkanych osób, czesto musielibyśmy poświęcić dużo więcej czasu na znalezienie noclegów, właściwych srodków transportu etc.
Zaczęło się tuż po przylocie do Varny. Lekko oszołomieni lotem odebraliśmy bagaż i wyszlismy z terminalu. Rozglądaliśmy sie za jakims przystankiem autobusowym, gdy zobaczyliśmy że właśnie podjeżdża autobus 409 i ze wsiada do niego niewielki ale zdeterminowany tłum. Minęła nas kobieta którą zapamiętałam z samolotu, biegnąca z walizą i koleżanką - obie rozmawiały po polsku. Rzuciłam pytające: - Przepraszam, czy ten autobus jedzie do centrum? Do dworca autobusowego?
Kobieta potwierdziła, wiec wsiedlismy. Natychmiast podeszła do nas pani konduktorka, ponieważ okazało się, ze w Bułgarii jest 100% sciągalność - w kazdym autobusie jest osoba sprzedająca i kontrolująca bilety. Oczywiście nie posiadalismy nie tylko biletu, ale tez i lokalnej waluty.
Mua: - Ile?
Pani konduktorka: - 2 Lewy.
Nie chciała przyjąć ode mnie wygrzebanej z dna torebki monety 1 EU mimo ze zgodnie z kursem otrzymałaby równowartość dwóch biletów (1 eu = 1,95 lewy) i sytuacja robiła sie niewesoła. I tu z pomocą przyszła nam koleżanka naszej współpasażerki z lotu - zapłaciła za nasze bilety konduktorce i ustaliła z nią ze ta przemiła kobieta wskaze nam na którym przystanku mamy wysiąść.
Kolejne miłe spotkanie odbyło się w Bałcziku, gdzie zaraz po tym jak wysiedliśmy z busa, podszedł do nas Dziadek oferujący bardzo tanie ale porządne kwatiry -nawet nie zdążyliśmy się napić wody, przepakować na marsz po miasteczku, czy choćby mrugnąć okiem - Dziadek juz stał przy nas, dbając o wyraźny monopol na rynku. Co prawda ja w pierwszej chwili sądziłam, ze przyczepił się do mnie tradycyjnie jakis miejscowy zul prosząc o drobne na bułgarskiego mamrota, ale Tony od razu zrozumiał że miły starszy pan proponuje nam zakwaterowanie. Interes załatwilismy w kwadrans, kwatiry były wspaniałe - o czym pisał ż wczesniej Tony - a Dziadek zniknął po wręczeniu nam kluczy i nikt nam głowy niczym nie zawracał. Zaoszczędziliśmy dzięki niemu mnóstwo czasu i sporo pieniedzy.
W poszukiwaniu spożywczaków i warzywniaków przemierzyliśmy całe miasteczko i dzięki temu robiliśmy zakupy w niekoniecznie najdrozszych marketach. Niedaleko naszej kwatiry znajduje się sklep o wiele mówiacej nazwie "U Ludmily" - właścicielka okazała sie być ciepłą, miłą kobietą, bez skrepowania zachwalała swój towar (boskie sery, jogurty, kefiry, mniammm) i chęć zaoferowania miłej obsługi. Powiedziała, ze gdy rano wybieramy się nad morze, mamy do niej przyjść i wskazac które wino ma nam schłodzić na wieczór, a gdyby juz było zamkniete, to mamy uzyc dzwonka - pani Ludmiła mieszka nad sklepem i zawsze jest gotowa zejść na moment za ladę dla miłych turystów.
Ciekawą postacią okazał sie być jeden ze współpasazerów z busa na trasie Varna - Burgas. Starszy pan (w rozmowie wspomniał ze ma 69lat ("- But mind still sharp as a razorblade, baby!"), doktor medycyny, profesor w dziedzinie chorób związanych z otyloscią - mamy jego wizytówkę i prośbę o maila, postaram się niedługo do niego napisac z pozdrowieniami z Wrocławia. W trakcie niespełna 3 godzinnej podróży zdążył nam opisać piękno miasta rodzinnego Burgas, wspomnieć o tym ze podrózuje z młodym brytyjskim chirurgiem na konferencję naukową, opowiedziec co sądzi o procesach polityczno - gospodarczo - społecznych, jakie zaszły w Bułgarii po upadku rezimu komunistycznego... Niezwykły umysł, od razu wyczuwa sie w nim pracownika naukowego, nawykłego do posłuchu, wzbudzania respektu i peszenia rozmówcy, widać taki to miedzynarodowy gatunek akademicki ;)
poniedziałek, 20 lipca 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Poznaliśmy też sympatycznego Niemca, który był naszym współlokatorem w Hostelu Burgas. Pozdrawiamy
OdpowiedzUsuń